Czy od zawsze byłam samotna? Szczerze? Mając siedem lat nawet
nie znałam tego uczucia. Miło wspominam dzieciństwo pełne miłości i troski ze
strony rodziców; wieczory, spędzone wspólnie na układaniu puzzli i jedzeniu
pysznych ciasteczek z czekoladą, czytanie bajek przed snem… Dlaczego to
wszystko się zmieniło, a cudowne uczucia stały się przeszłością, która nigdy
nie wróci? Wszystko zaczęło się sypać, gdy tylko tata dostał pracę w nowej firmie.
Spędzał z nami coraz mniej czasu, a gdy wracał, kłócił się z mamą. Doprowadziło
to do tego, że po krótkim czasie wzięli rozwód, a mnie zostawili pod opieką
babci. Staruszka o siwych kręconych włosach, malutkich, czarnych oczkach
tryskających radością i troską zawsze dawała mi chęć do życia. Uczyłam się dla
niej, bo widząc szczery uśmiech na pokrytej zmarszczkami twarzy za każdym
razem, gdy tylko przynosiłam do domu kartkówki z piątką, czułam, że mam dla
kogo się starać. Zawsze mi powtarzała, że jestem niezwykła i wkrótce się o tym
przekonam… Nie przypuszczałam jednak, że mówiła prawdę…
- Smerfetko, możesz mi podać cukier? - zapytała babcia
obracając się w moją stronę. Oderwałam wzrok od książki do matematyki i
rozejrzałam się po stole. Dostrzegłam różowy kubeczek, więc bez zastanowienia
wstałam i podałam go staruszce, która potaknęła głową w podziękowaniu.
Uśmiechnęłam się i usiadłam na blacie kuchennym, chcąc po składnikach
rozłożonych na srebrnej powierzchni, rozpoznać co kobieta postanowiła tym razem
upiec na podwieczorek.
- Co robisz? - zapytałam skanując każdy jej ruch.
- Twoje ulubione ciasteczka z marchewką. Ostatnio uzbierałaś
bardzo dużo dobrych ocen, więc należy ci się troszkę słodkości – odpowiedziała
przyjemnym dla ucha głosem. Mój uśmiech poszerzył się jeszcze bardziej na samo
wspomnienie cudownego smaku chrupkiego ciasta, które dosłownie rozpływało się w
ustach.
- Czekaj pomogę ci – oznajmiłam zeskakując z blatu, by po
chwili móc już mieszać w misce potrzebne składniki. Po około godzinie, ciastka
były już w piekarniku, a cała podłoga w kuchni pokryta mąką. Nie chodziło tutaj
jednak o moją niezdarność, lecz niesfornego szarego kota staruszki, który
wspinając się po kuchennych meblach przypadkiem zaczepił długim ogonem o
stojący na krawędzi lodówki worek mąki.
- Ja posprzątam babciu, ty idź już do salonu – powiedziałam
odgarniając z czoła moje ciemne kosmyki wypadające z kucyka. Kobieta
uśmiechnęła się do mnie promiennie, po czym wzięła kota na ręce i szepnęła
ciche „dziękuję”. Powolnym krokiem opuściła pomieszczenie, natomiast ja wzięłam
się za sprzątanie. Z szafki wyjęłam miotełkę, którą dokładnie zebrałam cały
bałagan na kupkę, by po wyrzuceniu sypkiego produktu przemyć podłogę.
Westchnęłam opierając się o stół i patrząc przez okno. Słońce
zaczęło już zachodzić, przez co jasne, pomarańczowe promienie zaczęły się
przebijać przez firankę ozdobioną różnymi wzorami kwiatów. Zabrałam wszystkie
książki i przybory, po czym skierowałam się do salonu, gdzie na fotelu leżała
staruszka cicho pochrapując. Pomimo snu nadal się uśmiechała… Prawdę mówiąc
jeszcze nigdy nie widziałam jej smutnej. Rozłożyłam wszystko na stoliku obok
kanapy i ponownie zaczęłam rozwiązywać zadania z matematyki.
PÓŁ ROKU PÓŹNIEJ…
Czerń. Jedyny kolor, który wszystkim kojarzy się z czymś
smutnym, poważnym. Jest kolorem pokazującym powagę danej sytuacji, w jakiej się
znajdujemy. Nigdy nie lubiłam tego koloru, a teraz wręcz go nienawidzę. Kolejna gorzka łza
spłynęła po moim policzku zostawiając po sobie mokry ślad, kiedy tylko ponownie
usłyszałam imię mojej babci czytane przez księdza stojącego pod ciemną
parasolką. „Podobno, gdy podczas pogrzebu pada deszcz, to znaczy, że ta osoba
nie chce odejść” - przypomniały mi się słowa staruszki. Tym razem już nie
powstrzymywałam łez. Potrzebowałam jej teraz jak nigdy wcześniej.
Wszyscy się rozeszli zaraz po tym jak zaczęli mnie pocieszać
i składać kondolencje. Tak naprawdę pocieszanie kogoś i mówienie mu „że
wszystko będzie dobrze” wcale nie pomaga. Czasami nawet pogarsza sytuację.
Babcia o tym dobrze wiedziała, dlatego zawsze gdy płakałam, nie pytała o co
chodzi, tylko najprościej w świecie mnie przytulała i czekała aż się uspokoję.
Usiadłam na drewnianej ławeczce naprzeciwko kamiennego
nagrobka. Przetarłam zmęczone od płaczu oczy i założyłam za ucho opadające na
moją bladą twarz ciemne kosmyki włosów. Dlaczego wszystko co najgorsze
spotykało właśnie mnie?
- Dlaczego cię nie ma przy mnie? Co ja teraz zrobię? -
szepnęłam pociągając nosem.
Wróciłam do domu po północy. Nawet nie zauważyłam jak ten
czas tak szybko minął… Otworzyłam ociężałe, drewniane i przeraźliwie skrzypiące
drzwi. Mieszkanie było spowite mrokiem, a radość wcześniej tu panująca odeszła
razem z właścicielką lokum. Westchnęłam idąc korytarzem w stronę salonu. Na
starym i obdartym na nałokietnikach fotelu spał Szafir. Kot wyglądał na
całkowicie zrelaksowanego i nieświadomego tego co dzisiaj, a właściwie dwa dni
temu miało miejsce. Powstrzymując łzy podeszłam do kanapy i położyłam się na
niej od razu zasypiając.
Obudził mnie przeraźliwy ból pleców, który z każdą sekundą
narastał. Czułam jakby moje kości miały eksplodować rozrywając przy tym skórę
znajdującą się na łopatkach. Szybko podniosłam się do siadu rozpinając materiał
czarnej sukienki, w której zasnęłam. Chwilowo poczułam ulgę, jednak po krótkiej
chwili ból stał się silniejszy. Krzyknęłam garbiąc plecy niczym rozwścieczone
zwierzę. Ból był nie do zniesienia. Płakałam i krzyczałam tak głośno, że
obudziłam Szafira, który z przerażenia zerwał się z fotela i z głośnym piskiem
pobiegł do kuchni. Jednak nie to było teraz istotne. Czułam, że moje cierpienia
zaraz miną. Nie myliłam się. Przetarłam mokre od płaczu oczy czując ulgę. Ból
ustał, a ja z przerażeniem sięgnęłam ręką i opuszkami palców przejechałam po
moich łopatkach zahaczając przy tym o coś miękkiego. Szybko wstałam i pobiegłam
na korytarz, gdzie znajdowało się wielkie lustro. Podeszłam do niego, jednak
widząc swoje odbicie cofnęłam się ze strachem. Podeszłam jeszcze raz i z
przerażenia zakryłam swoje usta dłonią. Pogładziłam delikatnie czarne jak noc
skrzydła wyrastające z moich pleców. Wydawało mi się, że patrzę zupełnie na
kogoś innego… Czarne włosy idealnie komponowały się z piórami, które lśniły w
świetle księżyca. Jedno pytanie krążyło teraz po mojej głowie: „Kim ja
właściwie jestem?”
2 LATA PÓŹNIEJ…
Sprzątając w sypialni babci odkryłam coś o czym nigdy mi nie
mówiła… Stare zapiski, rysunki, odpowiedzi na wszystko. Znalazłam również
czarny łuk i strzały z grotem w kształcie serca. Teraz już wiedziałam jaki jest
cel mojego istnienia. Kto by pomyślał, że zwykła dziewczyna z sąsiedztwa może
być Upadłym Aniołem, który ma misję na ziemi?
Co noc wymykałam się z
domu, by móc szybować pośród ciemnych obłoków. Często przysiadałam na dachach
wieżowców i wypatrywałam ludzi, których mogłabym uszczęśliwić i sprawić by
poczuli to co ja kiedyś – miłość. Silne i najpiękniejsze uczucie, jakie
kiedykolwiek istniało na ziemi. Życie nigdy nie jest idealne, zawsze trafiają
się nam jakieś przeszkody, jednak wiedząc, że mamy kogoś obok, wszystko staje
się łatwiejsze, prawda?
Siedziałam na dachu nowego centrum handlowego i przyglądałam
się ludziom chodzącym po ulicach miasta. Światła i neony rozświetlały całą
drogę, dzięki czemu mogłam dokładnie zobaczyć twarz każdego przechodnia.
Szczerze mówiąc, nigdy nie zrozumiem dokładnie swojego daru… Po prostu widzę
tych, którzy potrzebują w życiu miłości, następnie biorę łuk i strzelam… Ludzie
nie widzą strzał, jednak je czują. Znajdują swoją drugą połówkę i żyją
szczęśliwie.
Nagle w tłumie dostrzegłam chłopaka o ciemnych włosach, który
wyraźnie czegoś lub kogoś szukał. Ugryzłam kęs jabłka i odłożyłam je na bok.
Delikatnie wyjęłam z kołczanu lśniącą strzałę i napięłam cięciwę… Po chwili
usłyszałam tylko świst i… Syknęłam czując przenikliwy ból w okolicach
nadgarstka. Spojrzałam na swoją rękę, która została przecięta przez ostre pióra
strzały. Zdziwiłam się, bo jeszcze nigdy mi się taka sytuacja nie przytrafiła,
a jestem przecież profesjonalnym strzelcem… Nagle ból został zastąpiony
przyjemnym uczuciem w sercu. Ciepłem, którego tak dawno nie czułam, że wręcz
zapomniałam o jego istnieniu. Spojrzałam w dół wzrokiem szukając tajemniczego
chłopaka. Dostrzegłam go. Stał w tłumie ludzi i wpatrywał się prosto we mnie.
Wiedziałam tylko jedno… Chyba się zakochałam…
„We scream, we
shout, we are the Fallen Angels”
„Krzyczymy, wołamy,
jesteśmy Upadłymi Aniołami”
klasa 8b