poniedziałek, 4 marca 2019

Nie tylko Anioł Śmierci ma czarne skrzydła


Czy od zawsze byłam samotna? Szczerze? Mając siedem lat nawet nie znałam tego uczucia. Miło wspominam dzieciństwo pełne miłości i troski ze strony rodziców; wieczory, spędzone wspólnie na układaniu puzzli i jedzeniu pysznych ciasteczek z czekoladą, czytanie bajek przed snem… Dlaczego to wszystko się zmieniło, a cudowne uczucia stały się przeszłością, która nigdy nie wróci? Wszystko zaczęło się sypać, gdy tylko tata dostał pracę w nowej firmie. Spędzał z nami coraz mniej czasu, a gdy wracał, kłócił się z mamą. Doprowadziło to do tego, że po krótkim czasie wzięli rozwód, a mnie zostawili pod opieką babci. Staruszka o siwych kręconych włosach, malutkich, czarnych oczkach tryskających radością i troską zawsze dawała mi chęć do życia. Uczyłam się dla niej, bo widząc szczery uśmiech na pokrytej zmarszczkami twarzy za każdym razem, gdy tylko przynosiłam do domu kartkówki z piątką, czułam, że mam dla kogo się starać. Zawsze mi powtarzała, że jestem niezwykła i wkrótce się o tym przekonam… Nie przypuszczałam jednak, że mówiła prawdę…

- Smerfetko, możesz mi podać cukier? - zapytała babcia obracając się w moją stronę. Oderwałam wzrok od książki do matematyki i rozejrzałam się po stole. Dostrzegłam różowy kubeczek, więc bez zastanowienia wstałam i podałam go staruszce, która potaknęła głową w podziękowaniu. Uśmiechnęłam się i usiadłam na blacie kuchennym, chcąc po składnikach rozłożonych na srebrnej powierzchni, rozpoznać co kobieta postanowiła tym razem upiec na podwieczorek.
- Co robisz? - zapytałam skanując każdy jej ruch.
- Twoje ulubione ciasteczka z marchewką. Ostatnio uzbierałaś bardzo dużo dobrych ocen, więc należy ci się troszkę słodkości – odpowiedziała przyjemnym dla ucha głosem. Mój uśmiech poszerzył się jeszcze bardziej na samo wspomnienie cudownego smaku chrupkiego ciasta, które dosłownie rozpływało się w ustach.
- Czekaj pomogę ci – oznajmiłam zeskakując z blatu, by po chwili móc już mieszać w misce potrzebne składniki. Po około godzinie, ciastka były już w piekarniku, a cała podłoga w kuchni pokryta mąką. Nie chodziło tutaj jednak o moją niezdarność, lecz niesfornego szarego kota staruszki, który wspinając się po kuchennych meblach przypadkiem zaczepił długim ogonem o stojący na krawędzi lodówki worek mąki.
- Ja posprzątam babciu, ty idź już do salonu – powiedziałam odgarniając z czoła moje ciemne kosmyki wypadające z kucyka. Kobieta uśmiechnęła się do mnie promiennie, po czym wzięła kota na ręce i szepnęła ciche „dziękuję”. Powolnym krokiem opuściła pomieszczenie, natomiast ja wzięłam się za sprzątanie. Z szafki wyjęłam miotełkę, którą dokładnie zebrałam cały bałagan na kupkę, by po wyrzuceniu sypkiego produktu przemyć podłogę.
Westchnęłam opierając się o stół i patrząc przez okno. Słońce zaczęło już zachodzić, przez co jasne, pomarańczowe promienie zaczęły się przebijać przez firankę ozdobioną różnymi wzorami kwiatów. Zabrałam wszystkie książki i przybory, po czym skierowałam się do salonu, gdzie na fotelu leżała staruszka cicho pochrapując. Pomimo snu nadal się uśmiechała… Prawdę mówiąc jeszcze nigdy nie widziałam jej smutnej. Rozłożyłam wszystko na stoliku obok kanapy i ponownie zaczęłam rozwiązywać zadania z matematyki.

PÓŁ ROKU PÓŹNIEJ…

Czerń. Jedyny kolor, który wszystkim kojarzy się z czymś smutnym, poważnym. Jest kolorem pokazującym powagę danej sytuacji, w jakiej się znajdujemy. Nigdy nie lubiłam tego koloru, a teraz  wręcz go nienawidzę. Kolejna gorzka łza spłynęła po moim policzku zostawiając po sobie mokry ślad, kiedy tylko ponownie usłyszałam imię mojej babci czytane przez księdza stojącego pod ciemną parasolką. „Podobno, gdy podczas pogrzebu pada deszcz, to znaczy, że ta osoba nie chce odejść” - przypomniały mi się słowa staruszki. Tym razem już nie powstrzymywałam łez. Potrzebowałam jej teraz jak nigdy wcześniej.

Wszyscy się rozeszli zaraz po tym jak zaczęli mnie pocieszać i składać kondolencje. Tak naprawdę pocieszanie kogoś i mówienie mu „że wszystko będzie dobrze” wcale nie pomaga. Czasami nawet pogarsza sytuację. Babcia o tym dobrze wiedziała, dlatego zawsze gdy płakałam, nie pytała o co chodzi, tylko najprościej w świecie mnie przytulała i czekała aż się uspokoję.
Usiadłam na drewnianej ławeczce naprzeciwko kamiennego nagrobka. Przetarłam zmęczone od płaczu oczy i założyłam za ucho opadające na moją bladą twarz ciemne kosmyki włosów. Dlaczego wszystko co najgorsze spotykało właśnie mnie?
- Dlaczego cię nie ma przy mnie? Co ja teraz zrobię? - szepnęłam pociągając nosem.

Wróciłam do domu po północy. Nawet nie zauważyłam jak ten czas tak szybko minął… Otworzyłam ociężałe, drewniane i przeraźliwie skrzypiące drzwi. Mieszkanie było spowite mrokiem, a radość wcześniej tu panująca odeszła razem z właścicielką lokum. Westchnęłam idąc korytarzem w stronę salonu. Na starym i obdartym na nałokietnikach fotelu spał Szafir. Kot wyglądał na całkowicie zrelaksowanego i nieświadomego tego co dzisiaj, a właściwie dwa dni temu miało miejsce. Powstrzymując łzy podeszłam do kanapy i położyłam się na niej od razu zasypiając.

Obudził mnie przeraźliwy ból pleców, który z każdą sekundą narastał. Czułam jakby moje kości miały eksplodować rozrywając przy tym skórę znajdującą się na łopatkach. Szybko podniosłam się do siadu rozpinając materiał czarnej sukienki, w której zasnęłam. Chwilowo poczułam ulgę, jednak po krótkiej chwili ból stał się silniejszy. Krzyknęłam garbiąc plecy niczym rozwścieczone zwierzę. Ból był nie do zniesienia. Płakałam i krzyczałam tak głośno, że obudziłam Szafira, który z przerażenia zerwał się z fotela i z głośnym piskiem pobiegł do kuchni. Jednak nie to było teraz istotne. Czułam, że moje cierpienia zaraz miną. Nie myliłam się. Przetarłam mokre od płaczu oczy czując ulgę. Ból ustał, a ja z przerażeniem sięgnęłam ręką i opuszkami palców przejechałam po moich łopatkach zahaczając przy tym o coś miękkiego. Szybko wstałam i pobiegłam na korytarz, gdzie znajdowało się wielkie lustro. Podeszłam do niego, jednak widząc swoje odbicie cofnęłam się ze strachem. Podeszłam jeszcze raz i z przerażenia zakryłam swoje usta dłonią. Pogładziłam delikatnie czarne jak noc skrzydła wyrastające z moich pleców. Wydawało mi się, że patrzę zupełnie na kogoś innego… Czarne włosy idealnie komponowały się z piórami, które lśniły w świetle księżyca. Jedno pytanie krążyło teraz po mojej głowie: „Kim ja właściwie jestem?”

2 LATA PÓŹNIEJ…

Sprzątając w sypialni babci odkryłam coś o czym nigdy mi nie mówiła… Stare zapiski, rysunki, odpowiedzi na wszystko. Znalazłam również czarny łuk i strzały z grotem w kształcie serca. Teraz już wiedziałam jaki jest cel mojego istnienia. Kto by pomyślał, że zwykła dziewczyna z sąsiedztwa może być Upadłym Aniołem, który ma misję na ziemi?
 Co noc wymykałam się z domu, by móc szybować pośród ciemnych obłoków. Często przysiadałam na dachach wieżowców i wypatrywałam ludzi, których mogłabym uszczęśliwić i sprawić by poczuli to co ja kiedyś – miłość. Silne i najpiękniejsze uczucie, jakie kiedykolwiek istniało na ziemi. Życie nigdy nie jest idealne, zawsze trafiają się nam jakieś przeszkody, jednak wiedząc, że mamy kogoś obok, wszystko staje się łatwiejsze, prawda?

Siedziałam na dachu nowego centrum handlowego i przyglądałam się ludziom chodzącym po ulicach miasta. Światła i neony rozświetlały całą drogę, dzięki czemu mogłam dokładnie zobaczyć twarz każdego przechodnia. Szczerze mówiąc, nigdy nie zrozumiem dokładnie swojego daru… Po prostu widzę tych, którzy potrzebują w życiu miłości, następnie biorę łuk i strzelam… Ludzie nie widzą strzał, jednak je czują. Znajdują swoją drugą połówkę i żyją szczęśliwie.
Nagle w tłumie dostrzegłam chłopaka o ciemnych włosach, który wyraźnie czegoś lub kogoś szukał. Ugryzłam kęs jabłka i odłożyłam je na bok. Delikatnie wyjęłam z kołczanu lśniącą strzałę i napięłam cięciwę… Po chwili usłyszałam tylko świst i… Syknęłam czując przenikliwy ból w okolicach nadgarstka. Spojrzałam na swoją rękę, która została przecięta przez ostre pióra strzały. Zdziwiłam się, bo jeszcze nigdy mi się taka sytuacja nie przytrafiła, a jestem przecież profesjonalnym strzelcem… Nagle ból został zastąpiony przyjemnym uczuciem w sercu. Ciepłem, którego tak dawno nie czułam, że wręcz zapomniałam o jego istnieniu. Spojrzałam w dół wzrokiem szukając tajemniczego chłopaka. Dostrzegłam go. Stał w tłumie ludzi i wpatrywał się prosto we mnie.

Wiedziałam tylko jedno… Chyba się zakochałam…

„We scream, we shout, we are the Fallen Angels”
„Krzyczymy, wołamy, jesteśmy Upadłymi Aniołami”

                                                                                                                            klasa 8b